Sobotnia odyseja Serwali

Auto to generalnie fajna sprawa. I ktoś może mi zaraz wytknąć, że fajnie to się jeździ na kombajnie. Może i tak, nie wiem, nie praktykuję, chociaż prowadzenie takiej wielotonowej maszyny rolniczej może być interesujące. Natomiast samochodem też się jeździ fajnie. Z autem wiąże się perspektywa wygodnego i szybkiego podróżowania, bez konieczności oglądania się na rozkłady jazdy, dotarcia na autobus czy też czynienia mnóstwa kolejowych przesiadek, czy to w Krzyżu, czy w Kutnie, czy gdziekolwiek indziej. Niestety, dla wielu ludzi młodych (i nie tylko) perspektywa samodzielnego podróżowania samochodem jest równie odległa i abstrakcyjna, jak widok śniegu w zimie.

Tymczasem członkowie zastępu Serwale w (niestety) niepełnym, czteroosobowym składzie, zdecydowali się wykorzystać posiadanie prawa jazdy przez swojego zastępowego i w sobotni ranek, 13 stycznia 2018 roku, zamiast na zbiórkę na Wieprzycach wybrali się na samochodową podróż przez odludne i nieprzebyte ostępy Dzikiego Zachodu. A konkretnie to na zachód od Gorzowa.

Pierwszym przystankiem Serwali był ewangelicki cmentarz, a właściwie jego resztki, znajdujące się nieopodal wsi Stanowice. Na cmentarzu, w dużej mierze zdewastowanym, mieści się kilkanaście zarośniętych mchem, przewróconych nagrobków. Próbowaliśmy odczytać nieliczne zachowane napisy, jednak było to wyjątkowo trudne. Jeden z napisów brzmiał: Zum dankbaren Gedächtnis unseres Försters Franz Fuers, czyli Wdzięcznej pamięci naszego leśniczego Franza Fuersa.
Kolejnym miejscem przez nas odwiedzonym było Lubno – jedna z najstarszych wsi w tej okolicy, lokowana około 1243 roku (a więc starsza od Gorzowa!). Możliwe, że nazwa tej wsi dla większości czytelników z niczym ciekawym się nie kojarzy. Nie martwcie się, podobnie było z nami. Jednak Lubno wcale tak nieciekawą wsią nie jest, a to za sprawą ruin poniemieckiego pałacu, wybudowanego w stylu neogotyckim w 2. połowie XIX wieku przez ówczesnego właściciela wioski, Juliusa von Bassewitza. Niegdyś dwukondygnacyjny budynek został sprowadzony do stanu obecnego – czyli zarośniętych drzewami fundamentów, kilku fragmentów murów i części wieży, poprzez zaniedbanie i pozostawienie go samego sobie w latach 60′ ubiegłego stulecia. Podobno w wiosce w 1932 roku nocował Adolf Hitler, szef NSDAP, przyszły kanclerz Niemiec i jeden z największych zbrodniarzy kiedykolwiek stąpających po ziemi. Z pałacem jest też związana dramatyczna historia o… wyrostku robaczkowym. A konkretnie o śmierci właściciela pałacu, oficera SS Hansa von Treichela, który zmarł na stole operacyjnym podczas operacji właśnie tego organu. Dzień po jego śmierci samobójstwo popełniła jego żona, Celina. Podobno nieraz zdarza jej się straszyć w tych okolicach. W samym Lubnie warto jeszcze zwrócić uwagę na poźnoromański kościół znajdujący się w środku wsi oraz pomnik poświęcony żołnierzom walczącym w obronie Polski. Następnie udaliśmy się do Lubiszyna. To znaczy mieliśmy taki zamiar, lecz dookoła nie było żadnych znaków drogowych, a nam się nie chciało sprawdzać mapy, więc Adam pojechał “na czuja”. Tyle że w dokładnie przeciwnym kierunku. Jednak nie załamaliśmy się z tego powodu, tylko zwiedziliśmy kolejną wioskę, zobaczyliśmy (niestety tylko z zewnątrz) ładny kościół neogotycki, a także skorzystaliśmy z usług świadczonych przez lokalny sklep. No i w końcu dojechaliśmy do Lubiszyna, gdzie, jak się okazało, nic nie było.

Po zwiedzeniu miejscowego sklepu postanowiliśmy więc udać się do Łąkomina. Tak, to tam gdzie jest pałacyk myśliwski. Jednak nie on był naszym celem. Mianowicie, jak wskazuje Wikipedia, swego czasu we wsi Łąkomin mieszkało prawie 300 mieszkańców. Teraz jest ich 4. Drogą zaawansowanej dedukcji doszliśmy do wniosku, że gdzieś musieli mieszkać, bo w pałacyku to by się raczej nie zmieścili. A skoro mieszkali, to może są jakieś pozostałości po ich bytności – domostwa, cmentarz, cokolwiek.Gdzieś na skraju lasu znaleźliśmy opuszczony dom. Jako, że nie mieliśmy nic innego do roboty, to oczywiście nie weszliśmy do środka, bo to jest bardzo niebezpieczne i nie należy tak robić. Mogę tylko zdradzić, że w środku poza kilkunastoma gazetami z 2002 roku, czarnym kotem (żeby nie było, kot był żywy i uciekł, gdy nas zobaczył) i wizytówką polityka partii Samoobrona (czasy świetności tej partii minęły ponad 10 lat temu) nie było nic ciekawego. Po opuszczeniu zapomnianych przez Boga i ludzi zabudowań udaliśmy się jeszcze dalej przed siebie. Znaleźliśmy się w wiosce Brzeźno, gdzie znajduje się bardzo ciekawy kościół z XIX wieku o konstrukcji z muru pruskiego (drewniana konstrukcja ryglowa z ceglanym wypełnieniem). Stamtąd udaliśmy się z powrotem do Gorzowa. Może podczas tej zbiórki nie rozwinęliśmy swoich umiejętności w zakresie typowo harcerskich technik, lecz poznaliśmy ciekawe, a jakże nieznane tereny, które są przecież tak blisko Gorzowa. Przed nami jeszcze wiele takich świetnych podróży.

wyw. Kacper Depta


Uwaga zastępowi!

Jeżeli robicie coś ciekawego na zbiórce, czym chcielibyście się podzielić z resztą członków drużyny, to skontaktujcie się z administracją strony internetowej, a wasza relacja z pewnością pojawi się na stronie – tak, jak historia z wyprawy Serwali.